190913PM0005

Kiedy kupiłem Canona EOS R w połowie czerwca 2019, moim głównym aparatem był Canon 5D Mk 4. Zakup poprzedziła prezentacja tego modelu zorganizowana przez Canon Polska i sklep Cyfrowe.pl w studiu September w Gdańsku, ale szczerze powiedziawszy wyszedłem z niej z postanowieniem, że raczej poczekam na R Mk2, albo wersję Pro. Minęło kilka miesięcy i temat powrócił za sprawą Piotra Połoczańskiego, który pochwalił się na swoim fb, że właśnie przeszedł na bezlusterkowce Nikona. Postanowiłem jeszcze raz zbadać temat i poszukać wiarygodnych opinii użytkowników R-ki. Wyszło na to, że może nie warto dłużej czekać. Kupiłem R-kę i postanowiłem od razu rzucić się z nią na głęboką wodę (z kołem zapasowym w postaci 5D). Szybko się okazało, że koło zapasowe stało się zbędnym balastem.

 

190913PM0003

190913PM0002

Zalety:

Już przy pierwszym zetknięciu widać, że to bardzo dobrze wykonany aparat. Przyciski, materiały, uchwyt oraz przełączniki działają precyzyjnie i są miłe w dotyku. Aparat jest mniejszy i lżejszy, ale nie za mały. Bardzo dobrze leży w dłoni i można spokojnie fotografować trzymając go jedną ręką. Takie trochę nonszalanckie trzymanie aparatu moim zdaniem skraca dystans między fotografem a obiektem.

Warto wspomnieć o uszczelnieniu korpusu na wypadek deszczu i kurzu, a także praktycznym rozwiązaniu, jakim jest zasłonięcie matrycy migawką kiedy wyłączamy aparat. Od teraz wyłączam go kiedy zmieniam obiektywy.

Menu bardzo przypomina to znane z innych modeli Canona. Matryca jest dokładnie ta sama co w 5D Mk4 (pełna klatka, 30 megapikseli), a ekran z tyłu nawet większy i odchylany. To mój pierwszy aparat z odchylanym ekranem i sam jestem zdziwiony jak często z tego korzystam: zdjęcia w tłumie, zdjęcia z dołu lub biodra, zdjęcia w ciasnych pomieszczeniach. Muszę się pilnować, żeby nie fotografować jak japoński turysta.

Podoba mi się bardzo mały negatywowy wyświetlacz u góry, choć mógłby być trochę większy. 

 

190913PM0007

Brakuje tu kilku informacji (np ile klatek zmieści się jeszcze na karcie) i trzeba je wywoływać przyciskiem. Za to na plus, jak dla mnie rozwiązano wskazanie aktualnego programu, w tym definiowanych trybów C, gdzie przy każdym z nich widnieje mały symbol AV, M, itp.

Dwie rzeczy, których byłem najbardziej ciekawy w praktyce to autofocus i elektroniczny wizjer. Jeśli chodzi o autofocus, oczywiście największa różnica po przesiadce z lustrzanki to śledzenie twarzy i oczu. Trzeba było od razu to wypróbować! I tutaj przyznam, że trochę się początkowo zawiodłem. Aparat dość łatwo gubił twarz albo przeskakiwał z twarzy na twarz kiedy w kadrze było więcej ludzi. W pamięci miałem film z YT, na którym facet prezentuje funkcję śledzenia oka w Sony A7iii (https://www.youtube.com/watch?v=QfFxbFJ9jdM&t=422s) i chociaż wiedziałem, że aż tak dobrze nie będzie, to liczyłem na trochę więcej. Czułem podskórnie, że to nie aparat zawodzi, ale ja. Trzeba więc było szybko opanować gałkologię i tak skonfigurować przyciski, żeby móc sprawnie przełączać się między trybami AF. W moim przypadku dotykowy „touch bar” zaprogramowałem tak, aby wybierać między wykrywaniem oka/twarzy, a różnej wielkości polami. Przycisk „AF ON” pod kciukiem zmienia tryb „one shot” na „servo” i odwrotnie, natomiast „gwiazdka” * z tyłu aparatu przywraca punkt AF na środek kadru. I tyle. Dojście do tych rozwiązań zajęło mi trochę czasu, wymagało kilku zleceń reporterskich i portretowych, ale wydaje mi się, że na ten moment jest optymalnie. Co najważniejsze nie tracę już klatek, a ilość nietrafionych, nieostrych zdjęć w porównaniu do lustrzanki spadła drastycznie. Nadal w przypadku reportażu, kiedy w kadrze znajduje się więcej twarzy, a ja mam wybrany tryb „servo” zdarza się, że kwadracik autofocusa przeskakuje z człowieka na innego, ale wtedy przypominam sobie nawyki z lustrzanki i wyłączam śledzenie twarzy. Nie ma przecież niczego gorszego niż walka z aparatem! Jestem bardzo ciekawy jakie zmiany przyniesie update firmware’u, jaki planowany jest jeszcze na wrzesień 2019. Wersja 1.2 pozwala na śledzenie twarzy w trybie „servo”, co w podstawowej wersji prosto z pudełka nie było możliwe.

IMG_1868 IMG_1870

Druga nowość, która od razu rzuca się w oczy to ponad 80% pokrycie matrycy punktami AF. Pamiętam jak zamieniłem 6D na 5D Mk4 i zyskałem zamiast 9, 45 punkty, lecz wciąż były one wszystkie skupione w środku kadru. Teraz mogę wybierać między tysiącami punktów rozsianymi na prawie całej powierzchni matrycy.

Wizjer elektroniczny – to była jedna z moich głównych obaw przed zakupem. Moje doświadczenia z bezlusterkowcami ograniczały się do tej pory do dosłownie kilku razów, kiedy miałem taki aparat w rękach i zawsze wrażenie było jedno – to kompakt z wymienną optyką, niepoważny konkurent dla lustrzanki. Jednym z elementów, które mnie mocno odpychały od bezlusterkowców był właśnie EVF – no bo jak to tak nie patrzeć przez obiektyw, tylko polegać na wyświetlaczu? Już nie pamiętam jaki to był dokładnie model Fuji, który spowodował u mnie takie właśnie odczucia, ale obraz był nieostry, wyświetlacz miał małą rozdzielczość, a w ciemnych wnętrzach, przy poruszających się obiektach w zasadzie trudno było na nim polegać. Żeby było jasne, kiedy jest na prawdę ciemno, na przykład na parkiecie weselnym, a ludzie tańczą do szybkiej piosenki, EOS R też miewa problemy, natomiast kiedy akcja zwolni, zaryzykowałbym stwierdzenie, że w ciemnościach obraz jest wyraźniejszy niż w lustrzance. Elektroniczny wizjer przydaje się jeszcze w inny sposób – aby zerknąć na zdjęcie. W trybie AV, w którym najczęściej fotografuję wyłączyłem zupełnie podgląd gotowego zdjęcia po sfotografowaniu. Skoro mam symulację ekspozycji przed naciśnięciem migawki, to nie potrzebuję oglądać gotowego zdjęcia, tym bardziej, że wyświetla się ono w wizjerze i przez ten czas nie można fotografować. Co innego w przypadku trybu M i pracy z lampą – wtedy mam ustawiony podgląd na 2 sekundy i nie muszę odrywać wzroku od wizjera i zerkać na tył aparatu, co może być rozpraszające dla modela.

Pamiętam pierwsze duże zlecenie reporterskie na które poszedłem z dwoma aparatami: EOS R i 5D Mk4 – międzynarodowa impreza firmowa na 500 osób. Do targania obu aparatów użyłem szelek – pod prawą ręką bezlusterkowiec, jako drugi, po lewej – lustrzanka. Sam się zdziwiłem jak mało czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do obrazka widzianego w wizjerze R-ki! Kiedy po serii zdjęć chwyciłem za „piątkę” i przyłożyłem ją do oka, aż się wzdrygnąłem. Nagle okazało się, że brakuje mi tych wszystkich informacji, a przede wszystkim symulacji ekspozycji i balansu bieli. Można to chyba porównać do oglądania kadru przez aparat dalmierzowy i lustrzankę. Bezlusterkowiec to kolejny krok w ewolucji.

W normalnych warunkach obraz oglądany w wizjerze jest jasny i bardzo wyraźny. Kolorystyka, nasycenie i kontrast różnią się trochę od RAW-ów, a nawet JPG-ów oglądanych na tylnym ekranie, ale nadal są blisko i dają natychmiastowy feedback jeśli coś schrzanimy z ekspozycją. Obawiałem się pracy w studiu, z lampą ale nie ma żadnego problemu. Podczas ostrzenia, po ułamku sekundy obraz rozjaśnia się i widać wyraźnie gdzie autofocus złapał ostrość. Jedynym mankamentem, jaki zauważyłem jest trochę zbyt długi czas wybudzenia wizjera po uśpieniu. Podnosisz aparat do oka i musi minąć sekunda zanim zobaczysz obraz. Można to obejść wciskając do połowy spust migawki przy podnoszeniu aparatu, ale nie wykluczone, że mimo wszystko kilka zdjęć Ci umknie.

Nie spodziewałem się tego, ale nagle fotografowanie lustrzanką, głównie przez to doświadczenie patrzenia przez optyczny wizjer, stało się dla mnie wsteczne. Szala zaczęła się mocno przechylać na korzyść „R-ki”

Obiektywy. Posiadam w tej chwili tylko jeden obiektyw z nowym mocowaniem RF, to jest 35 mm f/1,8. Jest to w tej chwili jeden z dwóch obiektywów przystępnych cenowo, nie będących „elkami” i jedyny stałoogniskowy bez czerwonego paska. Zestaw zoomów i w ogóle lineup nowych szkieł RF wciąż się powiększa, a ceny powoli spadają, więc w planach mam kolejne zakupy, ale na ten moment korzystam z dotychczasowych obiektywów EF z adapterem EF/RF, który działa bezinwazyjnie. Czytałem opinie, że obiektywy EF z przejściówką na „R-ce” dostają nowe życie i zachowują się nawet lepiej niż na lustrzankach. Ja takich testów porównawczych nie robiłem, natomiast faktem jest, że megaszybki autofocus w R zmusza obiektywy do wytężonej pracy, ale one radzą sobie świetnie nie łapią zadyszki.

Już po tygodniu od zakupu R-ki podjął decyzję, że wchodzę „all in”. Nie pasowała mi praca na dwóch systemach, postanowiłem więc, że sprzedam 5D Mk4 i kupię drugie body EOS R. Życie kazało ostudzić moje zapędy, ponieważ potencjalni klienci nie rzucili się na mój używany aparat z oczekiwanym entuzjazmem. W efekcie sprzedaż zajęła mi ponad dwa miesiące, a cenę musiałem obniżyć z 8000 na 7200. Na szczęście okazało się, że cena „R-ki” również spadła o ok 500 zł.

Drugą R-kę kupiłem rano w dniu, w którym miałem umówiony ślub z weselem – 12-godzinny reportaż. Konfiguracja nowego body do ustawień z pierwszego zajęła mi dosłownie 3 minuty i za to również cenię Canona. Praca tego dnia była przyjemna jak nigdy. Na jednym body 35 RF, na drugim 50 EF, 100 EF Macro i 70-200 EF wymiennie, ale najwięcej na weselu 50 mm. 

Ale oczywiście nie ma róży bez kolców..

190913PM0008 IMG_1872

Wady:

Karty pamięci. Jeden slot to dla mnie bez wątpienia krok wstecz i test dla mojego zaufania do sprzętu. Przy fotografii ślubnej spokój jaki dawały dwie karty działające w systemie raid był bezcenny. Tutaj niestety tego nie ma, i choć jeszcze nigdy nie miałem problemu z utratą zdjęć (odpukać) czy uszkodzeniem karty, to trzeba było poszukać jakiegoś zastępczego rozwiązania tego problemu. Z pomocą przyszedł dysk WD Passport SSD z wbudowanym czytnikiem SD. Można go skonfigurować tak, że po włożeniu karty, kopiowana jest ona automatycznie, a więc po ceremonii, lub pierwszym tańcu wystarczy wymienić kartę i zrobić backup.

190913PM0009

Wybrałem wersję 250 gb w cenie 1000 zł. Pojemność ta w zupełności wystarczy na backup całego materiału, a po powrocie do domu zdjęcia są zgrywane, kopiowane na drugi dysk zewnętrzny i pozostają na kartach do momentu oddania materiału klientom, a więc są bezpieczne na 3 różnych nośnikach. 

 

190913PM0004

Bezlusterkowiec jest bardziej „prądożerny” chociażby ze względu na EVF, ale także tylny ekran, który częściej jest włączony, czy układ autofocusa. Na plus trzeba zapisać, że Canon zdecydował się skorzystać w tym modelu ze znanych akumulatorów LP-E6, natomiast musimy się zaopatrzeć w kilka dodatkowych sztuk ponieważ nie zrobimy tej samej liczby zdjęć na jednym akumulatorze. U mnie na dwa aparaty podczas 12-godzinnego zlecenia (łącznie około 2500 zdjęć) potrzebowałem 5 sztuk, a więc warto mieć 6-7 w torbie. 

Chwaliłem mocno wizjer elektroniczny, ale nie jest to rozwiązanie pozbawione wad. Po pierwsze wspomniane już opóźnienie, jakie można zauważyć kiedy fotografujemy w ciemnych warunkach. Po drugie opóźniony start i do tego częsty start od białego ekranu. Zdarza się po prostu, że kiedy przykładamy aparat do oka i po sekundzie wizjer się włączy, przez ułamek sekundy widzimy na maksa prześwietlony obraz. Można się do tego przyzwyczaić, ale kiedy tracimy klatki, to już nie jest takie proste do wybaczenia.

Autofocus. Na pewno trzeba się go nauczyć, a stare przyzwyczajenia zastąpić nowymi. Kiedy przejdziemy ten etap i dopasujemy przyciski i pokrętła tak aby móc jak najlepiej wykorzystać możliwości aparatu, okazać się może od czasu do czasu, że zasada ograniczonego zaufania przydaje się nie tylko na drodze. Wykrywanie oczu i twarzy jest super, ale trzeba wiedzieć kiedy i gdzie. Na pewno sprawdzi się podczas fotografowania pojedynczych osób, przy sesjach portretowych, ale przy reportażu zauważyłem, że wolę wybrać punk i nim poruszać za pomocą kciuka na tylnym ekranie, niczym po gładziku w laptopie. Kilkukrotnie zdarzyło mi się również, że ostrość uciekła w skrajną bliskość i aparat nie reagował na żadne moje próby ostrzenia. 

Są to jednak w mojej ocenie niewielkie minusy, które z czasem powinny poznikać przy kolejnych update’ach oprogramowania. Dla wielu fotografów aparat ten pozostanie niepoważny ze względu na jeden slot kart pamięci i tutaj trudno spierać się z ich argumentami, ale 1) dla mnie 5D Mk4 był pierwszym aparatem z dwoma kartami, a poprzednie 5-6 modeli zawsze miały jedną, więc wracam do tego co przerabiałem przez lata zawodowej pracy; 2) znalazłem rozwiązanie dające mi możliwość natychmiastowego backupu w każdym momencie i miejscu i to daje mi duży komfort psychiczny podczas długich reportaży; 3) jestem przekonany, że kolejny model będzie już miał dwie karty.

Podsumowując, cieszę się, że wskoczyłem do pociągu z napisem „bez lustra” i przychylam się do opinii, że lustrzanki będą traciły pozycję na rynku na rzecz bezlusterkowców, a być może nawet koniec ich jest już bliski i duzi producenci sprzętu foto wypuszczą jeszcze maksymalnie po jednym modelu kiedy ogłoszą, że ten etap jest już za nami. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach, a jeszcze nie tak dawno wydawało się, że jedyny wyścig producentów lustrzanek będzie ograniczał się do ilości megapikseli i klatek na sekundę.